20 marca 2015 roku w V LO im. Jana Sobieskiego w Białymstoku odbyły się XVI Podlaskie Mistrzowstwa w Ortografii. Naszą szkołę reprezentowały uczennice: Aleksandra Susoł z kl. V OSSP i Marzena Czarkowska z kl. Ic LO.
15 kwietnia ogłoszone zostały wyniki. Nasze uczennice – w kategorii szkół ponadgimnazjalnych – uplasowały się tuż za podium. Na 33 osoby piszące dyktando Aleksandra zajęła miejsce 4., a Marzena – 5.
Dziewczętom gratulujemy i życzymy więcej szczęścia w przyszłorocznych zmaganiach. Zainteresowanym udostępniamy tekst dyktanda.
Od chaosu do eposu,
czyli o okrutnych mękach autora tegorocznego dyktanda
Jakość współczesnej polszczyzny to istny temat rzeka. W meandrach ojczystego języka czyhają na żaków i bakałarzy liczne pułapki. Takoż i każdego autora mitręży niejednoznaczność, nieprzewidywalność i nie najlepsza znajomość mogących arcyboleśnie ubóść słówek, wyrażeń i sformułowań. Stworzywszy chociażby skromny derywat, w obawie przed blamażem, pisarz niejednokrotnie obraca wniwecz płody iskry bożej, reminiscencje ekstraspiczastych wierzchołków niby-wyżyn intelektu. Imponderabilia dnia codziennego warunkują rozległość Elizjum językowego każdego najpodrzędniejszego nawet gasiświeczki. Jak wiele tomów należy przewertować, aby przedzierzgnąć się w chiton Orfeusza, nie zaś suknię Dejaniry? Brudnobiały sztandar poprawności nieśmiało powiewa na flankach niejednego twórcy, czyniąc z niego nie tyle najpośledniejszego drapichrusta, co pospolitego tchórza, odznaczającego się fiksum dyrdum. Nietrudno zostać wówczas posądzonym o witkacowski neo pseudokretynizm.
Gdzież czmychnąć przed chartami Erynii, posłanych przez Furie, ścigającymi człowieka za hybris? Warto poszukać schronienia wśród australijskich aborygenów. Jeżeli nie antypody, to może rodzime przysiółki ugoszczą zbłąkaną duszę?
Nurzec-Stacja, Szczaworyż, Niemyje-Ząbki brzmią dostojnie, lecz nigdzie się nie odnajdziesz, jak wśród mrzygłodzian czy końcoświatowian! Pośród kociokwiku, potoków kalumnii, hipochondrii i rejwachu dosłyszeć można i okrzyki: „Niechżeż sczeznę!”, „O kurdebalans!”. W językowym Hadesie, gdy już tam trafisz, przyjacielu, ciemno, choć oko wykol. Wypisz, wymaluj – piekło.
Nie jest to problem jedynie dwudziesto- i trzydziestolatków. Nawet ponadsiedemdziesięciodwuipółletni pisarz boryka się z niemocą. Każdy przemierza tam i z powrotem, w te i nazad językowe bezdroża, licząc na superbonus, megapromocję lub inny jakiś supermegahit. „Ależ nie krzyczże tak pan!” - zda się słyszeć z otchłani woniejących siarką odmętów obskurnego Tartaru. Nie trać wiary, bowiem Orfeusz już raz stamtąd powrócił. Przekuj swą cytrę na klawikord. Wygrana w twoich rękach, pióro orze papier stalówką. Z chaosu rodzi się epos. Ni stąd, ni zowąd wyrwany ze szpon Hypnosa, nagle zmartwychpowstały pisarz z latte macchiato w jednej ręce i haubicą w drugiej, z cicha pęk rzewnie zatriumfuje, twierdząc, że pisanie to taka pół zabawa, pół nauka. Chomąto krępujące ruchy naraz stanie się wieńcem z dziko rosnącego wawrzynu.

