Wspomnienia absolwentów

Prof. Elżbieta Ambrosiewicz przybyła do Ciechanowca w drugiej połowie lat
50-tych wraz z mężem Janem, też matematykiem. Uczniowie więc często określali ją mianem "Janowa"(taka tu tradycja, że żona Jana to Janowa, Stefana - Stefanowa, a Michała - Michałowa). Prof. Ambrosiewicz nosiła w sobie warszawskie korzenie. I to się odczuwało
w wielu sytuacjach. Miała należny dystans do uczniów i specyficzne poczucie humoru. Stanowiła osobowość matematyczną nie tylko z wyboru, ale też z charakteru. Na gruncie humanistycznym czuła się chyba dość niepewnie. Ale kompensowała to sobie głęboką wiarą
i religijnością. Ubierała się skromnie lecz gustownie. W czasach siermiężnego socjalizmu
i wiecznych braków wszystkiego, jej sposób bycia i noszenia się zasługiwał na uznanie. Nie używała szminek, pudrów, lakierów i innych utensyliów wspomagających kobiecą urodę.
Mój stosunek do pani prof. Ambrosiewicz nacechowany był ambiwalencją. Z jednej strony lubiłem wychowawczynię za aurę, jaką wokół siebie wytwarzała, budując ją na kontrastowych sygnałach: skromności i wyniosłości, przymilności i ironii, ciepła i dystansu, sympatii i obojętności. Z drugiej strony każde moje spotkanie z panią profesor przejmowało mnie bojaźnią. Bojaźń ta wynikała zaś z faktu, iż miałem słabą głowę do liczenia i przed każdą lekcją matematyki przeżywałem prawdziwą gehennę. Do dzisiaj jeszcze śnią mi się algebraiczno-geometryczne koszmary. Szczęściem należałem raczej do pupilów pani profesor, więc w miarę gładko udało mi się pokonać szkolne rafy matematycznych zawiłości. Nie obyło się bez wpadek. Pewnego razu wylegiwałem się jeszcze w łóżku, mimo, że lekcja matematyki już się rozpoczęła (mieszkałem vis a vis szkoły), a tu nagle otwierają się drzwi, wchodzi mój ławkowy koleżka Andrzej Jaszczołt zwany Bilem (świeć Panie nad jego duszą) i z punktu oświadcza:
* Janowa kazała zawołać cię na lekcje.
* A co było zadane? - pytam.
* Mam ze sobą pracę domową.
* Pisz w moim zeszycie, a ja się ubieram.
Po kilkunastu minutach stoję przed obliczem pani profesor.
* Jaka była treść zadania? Uff...
* Dwaj marynarze włazili na maszt - powiadam.
* Nie, dziecko, płynęli do brzegu.
No, cóż pała murowana. Ale czyż to moja wina, że nie urodziłem się Einsteinem czy innym Łobaczewskim? Wówczas nie musiałbym drżeć przed matematyczką, a na lekcje matematyki czekałbym z radosnym uśmiechem.

ty lepiej już nie myśl, tylko skreśl to, a wpisz tamto. Tym sposobem zaliczyłem maturalne zadanie z matematyki! Pani Ambrosiewicz była nauczycielem dość apodyktycznym i nie warto było sprzeciwiać się jej woli. Delikwent, który tego nie uwzględniał, mógł szybko
a i nieraz boleśnie przekonać się o skutkach swojej niefrasobliwości. Stanowcza w sądach
i poglądach budowała swój autorytet na twardych zasadach ideowych i moralnych. Była jak surowa matka. Czasem - przytuliła, a czasem - zmierzyła takim wzrokiem, od którego dreszcz przeszywał ucznia do szpiku kości. A ponieważ klasa nasza wiodła prym wśród najbardziej niesfornych w szkole, toteż wychowawczyni miała z nami wiele utrapień. Ale konsekwentnie i skutecznie otaczała nas tarczą swej opieki. Oczywiście nieraz wkraczała do klasy wzburzona i udzielała nam srogiej reprymendy, lecz czyniła to z dużą dozą tolerancji
i wyrozumiałości dla głupiego wieku. W skrajnych przypadkach silnie podpadniętych pocieszaliśmy słowami: nie martw się, Janowa cię wybroni. I często słowo stawało się ciałem.
Chłopcy na ogół mieli lepiej. Mogli liczyć na większą taryfę ulgową. Dziewczęta zaś musiały się mieć na baczności. A już zwłaszcza te, które lubowały się w błyskotkach, ubierały zbyt wyzywająco, a twarz pokrywały kosmetycznymi mazidłami. Jeśli w dodatku nie szło im zbyt dobrze z matematyki, no to, jak mówi młodzież - miały przechlapane. Pani profesor sercem była bliżej nie tylko przy męskiej części klasy, ale także pochylała się z troską nad biedniejszymi. Prawdziwi biedacy otrzymywali podobno od państwa Ambrosiewicz pomoc materialną. O tym warto pamiętać.
Uczniowie na ogół jeśli lubili przedmiot lubili też nauczyciela. U mnie było inaczej. Po skończonej maturze położyłem na podłodze zbiór zadań z matematyki i przebiegłem po nim kilkanaście razy dając wyraz swojej głębokiej dezaprobaty dla tego przedmiotu. Nie cierpiałem matematyki, z szacunkiem zaś i wdzięcznością wspominam Panią Profesor Elżbietę Ambrosiewicz.

Prof. Jan Ambrosiewicz - matematyk z wykształcenia i zamiłowania. Człowiek słusznej postury, lekko przygarbiony budził respekt już samym swoim wyglądem. "Duża mężczyzna" - jak mówią przedstawiciele narodu wybranego, których nasz matematyk nie darzył, delikatnie mówiąc, nadmierną estymą. Miał zdrowe, chłopskie podejście do życia
i takież poczucie humoru. Jam nie z soli, ale z roli i z tego co mnie boli ? można by powiedzieć o prof. Ambrosiewiczu, trawestując znaną sentencję Stefana Czarnieckiego.
A bolała go głównie socjalistyczna rzeczywistość. Na każdym więc miejscu i o każdej porze dawał temu wyraz. Czy to dowcipem politycznym, czy to bieżącym komentarzem. A że był
(i jest!) katolikiem szczerym i praktykującym, toteż w każdą niedzielę widziałem postać prof. Ambrosiewicza górującą nad innymi, stojącą mocno pośrodku kościoła. Czasami obok ustawiał się rusycysta Zygmunt Proniewicz.

Władza ówczesna traktowała oczywiście religijność p. Ambrosiewicza jako rodzaj manifestacji politycznej. Ale sądzę, że on chyba się tym zbytnio nie przejmował. To człowiek twardych zasad i poglądów. Do uczniów miał stosunek paternalistyczny. Język dosadny. Jak trzeba - pochwalił, jak trzeba - huknął, a czasem bywało, że gąbką lub kredą rzucił
w delikwenta. Kiedy jednak odchodził ze szkoły, bodajże do Katowic, na stypendium doktoranckie, to żegnał nas mniej więcej tymi słowami: przepraszam, każdego, którego obraziłem, ale jeśli nazwałem kogoś cielakiem czy baranem, to zawsze miałem na myśli dobrego ucznia. Tak , profesor miał jasność wywodu. Raz zdarzyło się, że zastępował swoją żonę na lekcji matematyki. Pamiętam, jak wówczas tłumaczył nam zawiłe arkana geometrii: "idzie Władek 5 kroków miedzą, potem skręca 5 kroków w prawo. To jest oś rzędnych,
a to oś odciętych. Jasne, prawda?" Prof. Ambrosiewicz przez pewien czas jeździł "syrenką",
a nawet był nią na wycieczce w Bułgarii! Jedną, czy dwie zimy garażował ją u mnie
w stodole. Potem dorobił się "skody". I Uwaga! Uwaga! Tym "wozem" odwiózł mnie - po moim ślubie w Kościele św. Rocha w Białymstoku do domu weselnego w Klubie "Co nie co" Akademii Medycznej. Na wesele jednak nie dał się namówić.
W Białymstoku spotykam czasami Państwo Ambrosiewicz. Ale o ich losach białostockich pisać nie będę, bo to by wykraczało poza temat zadany mi przez
ks. Józefa Grzeszczuka.
Prof. Czesław Burdziuk - nauczyciel wuefista, instruktor tańca towarzyskiego. Urodzony na Białorusi, wychowany w Hajnówce związał się na stałe z Ciechanowcem. W ramach integracji Wschodu z Zachodem (województwa)? Był niewiele od nas starszy, toteż
ze względu na wiek, jak i przedmiot, który prowadził traktowaliśmy go dość protekcjonalnie.
A on się chyba nie obrażał. W ogóle p. Burdziuk miał naturę pogodną i kordialne usposobienie do ludzi. Nauczał nas tańców klasycznych: tanga, walca, rumby, samby, fokstrota. Był świetnym tancerzem i gimnastykiem. Podziwiałem jego gibkość ciała
i poczucie rytmu. Prowadził także zajęcia kulturystyczne, na które chętnie uczęszczałem. Dźwigaliśmy tam tony ciężarów, wylewaliśmy morze potu, a wszystko to służyć miało hasłu: siła, sprawność, piękno. Latem zaś mogliśmy zaimponować dziewczynom na plaży umięśnionym torsem i bicepsami. Z profesorem Burdziukiem przejechaliśmy kawał województwa podczas zawodów sportowych. On do końca organizował i kibicował różnym sportowym turniejom. Zginął tak tragicznie i tak przypadkowo, jadąc właśnie na turniej szachowy. Daj mu Panie wieczny odpoczynek.
Prof. Zofia Domańska - powiedzieć o niej nauczycielka języka polskiego to mało,
to bardzo mało. W mojej karierze zawodowej, jako nauczyciela i dyrektora szkoły, poznałem polonistów wielu, ale żaden nie równał się z panią Domańską. Mieszkała w bibliotece. Żyła wśród książek, z książek i dla książek. Zewsząd otaczały ją lektury szkolne, pośrodku zaś dyktanda i wypracowania. Była polonistką esencjonalną, polonistką totalną. Żadna lekcja języka polskiego nie kończyła się przerwą. Uczniowie innych klas w tym czasie pałaszowali kanapki, flirtowali z dziewczętami, a my nadal recytowaliśmy strofy Mickiewicza, Staffa czy Tuwima. Przy zdawaniu książek do biblioteki szkolnej należało zdać też sprawozdanie z ich treści. Jeśli ktoś nie potrafił wyłuszczyć o czym autor pisał, książka wracała ponownie do wypożyczającego i rzecz jasna nie była zaliczona do obowiązującego limitu przeczytanych lektur. Prof. Domańska nie była zbyt lubiana przez uczniów. Powodów należy szukać
w wymaganiach jakie stawiała, sposobie życia i co tu kryć, dość trudnym charakterze. Należała do nauczycieli samotników. Była singlem, mówiąc dzisiejszym językiem. Samotnikiem z losu, ale chyba i z wyboru. Uczniowie- nie wiedzieć czemu - ochrzcili ją mianem "Pyla". Widziało się czasami na oknach biblioteki szkolnej - gdzie mieszkała - nabazgrane napisy z tym określeniem. Dziś pewnie ich autorzy rumienią się ze wstydu na samo wspomnienie. Ale wówczas? akt desperacji po nie otrzymanej promocji?- chuligański wybryk- ? głupi dowcip?
Pani Domańska była obiektem wielu głupich kawałów. Pewnego razu mocno spóźniła się na lekcję, co u niej było niezwykłą rzadkością. Po wejściu do klasy od razu zaatakowała mnie i mego koleżkę z ławki pytaniem: Anastaziuk i Jaszczołt, co wam
z tego przyszło, żeście mnie zamknęli w bibliotece? Zdziwienie moje sięgnęło zenitu.
Bo wprawdzie ani ja, ani tym bardziej mój kolega Bil, do najgrzeczniejszych nie należeliśmy, ale żeby zamykać prof. Domańską w bibliotece?- Zdziwienie moje nie ustawało, gdy podczas lekcji polonistka udzielała mi głosu w dyskusji nad omawianą lekturą
i zdaje się czyniła to z empatią. Na przerwie, której, jak się rzekło, praktycznie nie było, podeszliśmy do pani profesor z zamiarem wyjaśnienia pomyłki. Zostaliśmy znów zaskoczeni pytaniem: chcecie rehabilitacji? - bo to był taki chwyt detektywistyczny -wyjaśniła nam prof. Domańska. Chciała przekonać się, czy oskarżając nas, wywoła w faktycznym sprawcy wyrzut sumienia, moralną skruchę, ergo przyznanie się do winy. Niestety, nic takiego nie nastąpiło. Być może sprawca zamknięcia p. Domańskiej w bibliotece pochodził z innej klasy. Ten przykład pokazuje, jak skomplikowaną drogą biegły myśli pani profesor i jak dalece nie były one naszymi myślami.
Uczęszczałem na kółko polonistyczne. Ćwiczyliśmy tam m.in. tekst jakiejś sztuki teatralnej, bodajże Fredry, szykując jej wystawienie. Utkwił mi w pamięci szczególnie jeden epizod, kiedy dzisiejszy Ksiądz Dobrodziej, a nasz wspaniały kolega Józio Grzeszczuk wygłaszał kwestię zwieńczoną słowami: "walnieśmy się spili". W jego interpretacji było to mistrzostwo aktorskie i komediowe. Nawet na ogół kostyczna i oszczędna w okazywaniu uczuć prof. Domańska włożywszy tradycyjnie dłonie pod pachy, śmiała się szczerze
i serdecznie. Pani Domańska była nauczycielem perfekcyjnym. Swoją olbrzymią wiedzę
i erudycję chciała przelać do naszych dość opornych umysłów. Wtedy tego nie docenialiśmy
i do końca nie rozumieliśmy. Dziś po latach winniśmy jej wdzięczność za trud pedagogiczny, za to, że kazała nam oglądać cotygodniowy teatr telewizyjny, za to, że zaszczepiła w nas szacunek do języka polskiego, do literatury polskiej i światowej, do poezji i prozy, do książek w ogóle.

Exegi monumentum aere perennius (zbudowałem pomnik trwalszy od spiżu) - napisał rzymski poeta Horacy. Droga Pani Profesor. Zbudowaliśmy w naszych sercach pomnik trwalszy od spiżu - pomnik naszej pamięci. Niechaj Opatrzność nad Panią czuwa i da Pani pogodne i spokojne dożywanie.
Prof. Henryk Kulczakiewicz - nauczyciel fizyki. Pokolenia uczniów pobierały lekcje fizyki u prof. Kulczakiewicza. Jest on żywą historią szkoły. Całe swoje zawodowe życie związał z pracą w Liceum Ogólnokształcącym w Ciechanowcu, będąc w latach 50-tych nawet jego dyrektorem. Prof. Kulczakiewicz nie należał do nauczycieli "lekkich, łatwych
i przyjemnych". Był z gatunku tych belfrów, którzy autorytet swój budują na nauczanym przedmiocie i dyscyplinie, jaką wprowadzają na lekcjach. Fizyka - to brzmiało dumnie
i niepokojąco. Szliśmy więc na lekcję fizyki w obawie, kto wywołany zostanie do tablicy. Proceder bowiem odpytywania uczniów przez prof. Kulczakiewicza był szczególnego rodzaju. Po sprawdzeniu obecności padała krótka zapowiedź: przyjdzie do odpowiedzi... lekkie pociąganie nosem... córka... lekkie pociąganie nosem... - napięcie rośnie, klasa zamiera w bezdechu - pada wreszcie nazwisko... męskie. Szmer, odprężenie, klasa odetchnęła. Delikwent przy tablicy poci się, rozwiązując ćwiczenia. Po jego występie następuje powtórzenie scenariusza. Potem już z górki: nowy temat, praca domowa
i upragniona przerwa. Pan Kulczakiewicz nie należał też do nauczycieli bratających się
z uczniami. Sprawiał wrażenie osoby dumnej, wyniosłej, pewnej siebie i dość oschłej
w obejściu. Rzadko się uśmiechał. Rzadko też dawał się sprowokować na zwierzenia osobiste. W ocenach sprawiedliwy i zasadniczo nikogo nie ukrzywdził. Na kółku fizycznym był znacznie bardziej przystępny i gotowy do dyskusji z uczniami.
Zdarzyło się pewnego dnia, gdy siedziałem w klasie, podszedł do okna uczeń młodszego rocznika i najwyraźniej chciał poczęstować mnie cukierkiem. Wyciągnąłem rękę, a ten mi wówczas pokazał "gest Kozakiewicza". Zirytowało to mnie na tyle, że wyskoczyłem przez okno, złapałem dowcipnisia za kark i trochę nim potrząsnąłem. Widział tę scenę prof. Kulczakiewicz. Kiedy po ?odwetowej? akcji wracałem do klasy, przywołał mnie skinieniem palca i rzucił krótko: małpa jesteś? - będziesz miał obniżoną ocenę ze sprawowania. Słowa dotrzymał.
Był też pewien epizod, który do tej pory nie został wyjaśniony. Otóż ja z kolegą (Adam Knyszyński - wołam Cię i szukam) zostaliśmy posądzeni przez profesora o wieczorny szturm na internat żeński przy ulicy Kościuszki. Asumpt do oskarżenia nas o ten czyn dała
p. Kulczakiewiczowi nasza obecność na wieczornym nabożeństwie w kościele. Profesor spojrzał na nas i ... skojarzył. Dziś po 40 latach zapewniam uroczyście i przysięgam na grób mojej babci, że nie my (wiem kto, ale nie powiem) owej pamiętnej niedzieli wdrapywaliśmy się po piorunochronie do żeńskiego internatu.
Prof. Kulczakiewicz przez długi okres jeździł samochodem marki "syrena". Jeszcze
w latach 80-tych widywałem profesora za kierownicą tej "dumy" polskiej motoryzacji. Obecnie per pedes pokonuje coraz piękniejsze uliczki Ciechanowca. Serdecznie pozdrawiam, Panie Profesorze.
Prof. Mirosław Kulesza - nauczyciel P.W. i kierownik internatu. "Pefu" - jak mówił profesor. Dusza człowiek. Dla wielu pomógł, nikomu nie zaszkodził. Jeździł z nami na zawody strzeleckie, prowadził musztrę, zajęcia sanitarne i "ogniowe". Podkradaliśmy nieraz naboje do Kbk-esu, wykorzystując je jako amunicję w samopałach. Niebezpieczna to była zabawa, ale wówczas tak się żyło - "myśmy żyli jak na wietrze, myśmy żyli niezbyt grzecznie, myśmy żyli niebezpiecznie - ale jak!". Profesor Kulesza zawsze uśmiechnięty, zawsze zrelaksowany, zawsze zaganiany, zawsze skory do pomocy. Jeździł motocyklem,
bo wędrować pieszo nie lubił. Kiedy poznał mgr Cieciorko - swoją przyszłą żonę - to woził ją tym motocyklem. Jak się na nim zmieściła - pozostanie jej i profesora tajemnicą. Tyle mam ciepłych wspomnień o prof. Kuleszy, że chyba na tym stwierdzeniu poprzestanę. Łączę wiele dobrych słów i pozdrowień.
Prof. Stanisława Kunicka, primo voto Kotowska - nauczyciel biologii i geografii. Kiedy rozpoczynałem naukę w ciechanowieckim liceum, prof. Kunicka szykowała się do emerytury. Najlepsze lata pracy miała już za sobą. Była ciągle legendą szkoły, ale jej gwiazda powoli się wypalała. Nie potrafiła zapanować nad żywiołem rozbrykanej klasy i utrzymać ją w dyscyplinie. Niektórzy z uczniów zbyt nachalnie i w niezbyt elegancki sposób wykorzystywali jej bezradność i miękkie serce. Dochodziło czasami do sytuacji, w których
o co innego pytała pani profesor, a uczeń odpowiadał co innego i mimo to otrzymywał pozytywną ocenę. Często się na nas skarżyła do dyrekcji i do wychowawczyni. Ale niewiele to pomagało. Prof. Kunicka była nauczycielem na przedwojenne czasy, kiedy sam fakt bycia nauczycielem stanowił o jego autorytecie. Myśmy zaś byli pokoleniem bardziej cynicznym
i utylitarnym. Ja miałem do pani profesor bardzo ciepłe i serdeczne uczucia. Może dlatego,
że wychowałem się obok szkoły, a na stancji w moim domu mieszkały uczennice
i opowiadały o pani, wówczas Kotowskiej ?mi tu właściwie? (to jej ulubiony zwrot), jako
o człowieku gołębiego serca, wielkiej życzliwości i ogromnej troski o uczniów. Ale też troski o szkolny ogródek, w którym rosły wszystkie warzywa i kwiaty, a który był oczkiem
w głowie pani profesor. Ciepłe spojrzenie, miły uśmiech na ustach i jakże charakterystyczny kok na głowie. Taką ją zapamiętałem. I taką pamiętać będę do końca. Niechaj spoczywa
w pokoju.
Prof. Zygmunt Proniewicz - nauczyciel języka rosyjskiego. Popularnie nazywany "Dziadźka' W czasie mojej bytności w szkole p. Proniewicz był już mężczyzną w wieku dojrzałym. Wzrostu średniego, krępej budowy ciała. Krokiem chodził pewnym, mocnym, kołysząc się z lekka na boki. Zimą ubierał często długi, skórzany płaszcz. Przypominał wówczas wyglądem pracownika pewnej groźnej, acz sekretnej instytucji. Skłonny do przeziębień, dlatego podczas lekcji nieraz wygrzewał się pod piecem, owinięty w ciepły szalik. Krawata zasadniczo nie nosił. Ciemna marynarka, kolorowa koszula i pulower, to był zwykle szkolny strój prof. Proniewicza. Kiedy miał dobry nastrój opowiadał chętnie jakieś historyjki towarzyskie lub rozmawiał na tematy gospodarskie i obyczajowe. Kiedy zaś nie miał humoru, wówczas-ci panie kolego( ulubiony zwrot p. Proniewicza )- uruchamiał znany scenariusz: "pisownia i kratkoje po że, cze, sza, szcza". I wtedy dwóje sypały się gęsto. Aby chociaż w części uchronić się przed podobnymi zdarzeniami, stosowaliśmy różne triki. I tak np. wiedzieliśmy, że nasz rusycysta ma słabość do słodyczy. Dobra więc była każda okazja (czyjeś imieniny, urodziny, święta państwowe czy kościelne). Ustawiali się uczniowie z torbami cukierków, na katedrę zaś wjeżdżał talerz pączków bądź ciastek. Profesor obficie czerpał z owych darów, a że słodycze łagodzą obyczaje, toteż byliśmy pewni, że w takich chwilach nie grożą nam kolejne "dyktowki" lub "pisownia i kratkoje...".
Ale, że o zmarłych nisi bene (tylko dobrze), toteż powiem, że ogromną zasługą położoną dla szkoły przez prof. Proniewicza było kółko fotograficzne, które prowadził.